Wiedza

wtorek, 27 październik 2015 12:44

Skuś się na Albanię

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
Oceń ten artykuł
(3 głosów)
Myjnia - szlach i lejąca się non stop woda Myjnia - szlach i lejąca się non stop woda

 Albanię trzeba zobaczyć teraz i lepiej z tym nie zwlekać. Za kilka lat będzie taka jak inne państwa żyjące z turystyki. Będzie drożej, nowocześniej i bez krzty egzotyki. To ostatni gwizdek, żeby zobaczyć ten kraj, w którym komercja dopiero raczkuje...

"Albania? To przecież koniec świata! Tam są tylko schrony i nic więcej!" To były moje pierwsze słowa, kiedy się dowiedziałem o wakacyjnych planach mojej żony. - "Chorwację znamy już wzdłuż i wszerz, Włochy są za drogie, Hiszpania za daleko, a Albania to coś nowego" – usłyszałem – "Jedziemy!"
Z przerażeniem rzuciłem się do internetu. Jedyne, co mnie pocieszyło, to fakt, że żaden z internautów nie wspominał o potencjalnych ludożercach w tym kraju. Ale opinie wielu nie napawały optymizmem. Chociaż nie brakowało podróżnych, którzy z kraju Hodży i bunkrów wrócili zachwyceni.
Zarezerwowaliśmy apartament we Vlore: 120 mkw., taras niewiele mniejszy, na 7. piętrze przy samym morzu. Pozostał tylko drobny szczegół: dojechać. A to prawie 2 tys. km. Po drodze nocowaliśmy dwa razy: na Węgrzech i pod Belgradem. Ze znalezieniem pokoju nie było żadnego problemu. Już na granicy węgiersko-serbskiej przypomnieliśmy sobie, jak się podróżowało za czasów PRL: szlabany, celnicy, paszporty i kolejki. Podobnie było na kolejnych granicach: Serbii z Macedonią i później już na granicy albańskiej. Na szczęście nie było to kilkugodzinne oczekiwanie. Co najwyżej od kilku do kilkudziesięciu minut. Podobnie było w drodze powrotnej.

W końcu docieramy do Albanii

Pierwsze kilkanaście kilometrów jazdy po drogach kraju nie należało do przyjemnych przeżyć. Asfalt dziurawy jak w Polsce przed kilkoma laty. Ale dziury zdecydowanie większe, dostojniejsze i sprytnie zakonspirowane w kałużach. Kilka razy udało mi się swoim roverem "zapoznać" z nimi bliżej.
Naszą uwagę wzbudzają co rusz napotykane na poboczach węże z lejącą się z nich strumieniami wodą. Na początku sądziliśmy, że może to tutejszy sposób nawadniania. Wyjaśniono nam jednak, że to zalążki – być może przyszłych – myjni samochodowych. Na razie wystarczy jednak właśnie wąż, z którego woda leci nawet podczas deszczu. Musi być chyba darmowa albo bardzo tania, bo spotkaliśmy tego mnóstwo.

Albańczycy lubują się w mercedesach

To podstawa transportu. Jeszcze kilka lat temu na dziesięć aut na ulicy, osiem to była ta właśnie marka. Ale od kiedy Albania otworzyła się na świat, pojawiły się też inne. Jest sporo japońskich samochodów, dużo terenowych (co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę stan ich dróg). Oni tam ciągle je myją. We Vlore w wielu miejscach działają myjnie samochodowe – niewiele różniące się od tych, które spotkaliśmy przy wjeździe. A mycie polega na tym, że kierowca podjeżdża pod szlauch, leje jakieś detergenty, zmywa pod ciśnieniem, potem otwiera drzwi, wyjmuje wycieraczki, popielniczki, śmieci spod siedzenia i z bocznych schowków i to wszystko wyrzuca w krzaki lub pod płot.

Pierwsze wrażenie: wszechogarniający brud

Zanim wyjechałem do Albanii, rzuciłem okiem na niemieckojęzyczne fora dotyczące tego kraju. Wszyscy podkreślali, że nie jest to kraj dla ludzi ceniących porządek i estetykę. Teraz już wiem, co mieli na myśli. Nie przesadzali: Albania jest niesamowicie brudna. To mówi Polak, który na co dzień spotyka stosy śmieci w naszych lasach. Jednak to, co zobaczyłem w Albanii, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zwłaszcza, kiedy pewnego dnia weszliśmy do ich piniowego lasu pod miastem. To było po prostu jedno wielkie wysypisko śmieci. Co zdumiewające, odbywa się to przy społecznej akceptacji. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na oczach wielu do takiego lasu wjeżdżają ciężarówki i pozbywają się odpadów z budowy? Niektórzy tłumaczą, że śmiecenie to „akt wyzwolenia” Albańczyków. Przez wiele lat byli zupełnie odizolowani od reszty świata. Teraz, kiedy są wolnym państwem, demonstrują swoją niezależność, poprzez łamanie pewnych reguł i zasad, m.in. właśnie dbanie o porządek. Może coś w tym jest, bo jak wytłumaczyć taki obraz: w centrum Vlore jest nowa fontanna, wokół ławeczki, tłumy ludzi, zwłaszcza wieczorem. Ktoś je jabłko i pomimo, że kosz na śmieci stoi nieopodal, ogryzek ląduje w wodzie. Ktoś inny rzuca wypalony papieros, inny bierze ostatniego papierosa, trzyma w ręku pustą paczkę, podchodzi do kosza, by paczkę rzucić... obok. To wszystko dzieje się na oczach innych Albańczyków i nikt nie reaguje...

Poddałem się w ocenie schludności Albańczyków, kiedy wracając z plaży, zobaczyłem na chodniku przy głównej ulicy plastikową miskę z olejem. Ktoś po prostu wymieniał w tym miejscu olej w skuterze, a stary po prostu zostawił.


Największym paradoksem jest to, że o ile nie dbają o porządek – ba, wręcz demonstracyjnie śmiecą – to są bardzo schludnie ubrani. Dbają – i to rzuca się w oczy na ulicy – o swój wygląd. Skupiłem się jednak bardziej na ich osobowości. Kraj tworzą ludzie, a Albańczycy są wspaniali. Ich uprzejmość, gościnność przysłania nieporządek na ulicach. Sprawdziła się moja teoria: im biedniejszy kraj, tym bardziej uśmiechnięci i życzliwsi ludzie. To, czego mi brakuje w Polsce: tu nikt nie narzeka, choć znalazłyby się ku temu powody. Oni jednak są uśmiechnięci, pogodni i mili. Wieczorami tłumnie zapełniają liczne kafejki i ławki w parkach. Sporadycznie piją alkohol. Może dlatego potrafią godzinami spokojnie – bez krzyków i awantur – siedzieć przy stoliku nad szklanką herbaty lub soku. Kiedyś w jakiejś knajpie zauważyliśmy, że jedynymi pijącymi alkohol w tym lokalu byliśmy my. I nie był to poranek.

Pewnym problemem są przerwy w dostawie prądu

Albańczycy są do tego przyzwyczajeni. Wiele knajp, urzędów ma własne generatory. W razie awarii włączają się automatycznie. Mnie przerwa w dostawie prądu dopadła kiedy jechałem windą. To niezbyt przyjemne uczucie zostać uwięzionym pomiędzy piętrami. Wprawdzie na ścianie była naklejka, gdzie dzwonić w razie awarii, ale mój telefon został w pokoju.

Albańczycy zawsze służą pomocą

Miejscowi są niezwykle uczynni - sam tego doświadczyłem. W moim samochodzie – po przyjeździe – coś stukało pod spodem przy osiąganiu prędkości. Jako humanista przypuszczałem, że to pewnie jakaś poważna awaria. Na ulicy spytałem o warsztat  i od razu zebrało się kilka osób. Każda z nich tłumaczyła, jak dojechać, niestety tylko po albańsku. W końcu jeden z mężczyzn pokazał mi na migi, żebym jechał za nim. Po kilku kilometrach dotarliśmy na miejsce. Właściciel warsztatu usiadł za kierownicą rovera i odjechał. Nie będę ukrywać, że miałem mieszane uczucia: saszetka z dokumentami w środku, obcy gość za kierownicą, a ja stoję pod warsztatem i czekam. Na szczęście po 10 minutach wrócił i z tego, co zrozumiałem (mówił po włosku) miałem się niczym nie przejmować. Stukanie ustąpiło po czasie. 

Wbrew obiegowej opinii Albania jest bezpiecznym państwem

Albańczycy znają języki obce: najczęściej mówią po grecku lub po włosku. Po niemiecku – ku mojej rozpaczy – nie udało mi się ani razu porozumieć, po angielsku – owszem, zwłaszcza z młodszymi osobami. Nad bezpieczeństwem mieszkańców i turystów czuwa policja, której na drogach jest mnóstwo. Co do jej skuteczności – mam wątpliwości. Zwłaszcza, kiedy zobaczyłem policjanta namierzającego radarem kierowcę mercedesa. Widocznie znacznie przekroczył prędkość, bo policjant dał mu znać lizakiem, żeby się zatrzymał. Ten jednak zatrąbił na niego, dodał gazu i pojechał dalej. Albański stróż prawa tylko ze smutkiem popatrzył na odjeżdżające auto. Za to samych mundurowych jest naprawdę sporo. Ich obecność studzi zapędy wielu kierowców. Jazda po Albanii nie należy do przepisowych. Po kilku dniach przestało mnie dziwić, że ktoś mnie wyprzedza na zakręcie, mimo że z przeciwka jedzie inny samochód. Ponadto do dzisiaj nie wiem, kto ma pierwszeństwo na rondzie. Wydaje mi się, że ten, kto jedzie większym autem…

Albania to jeden wielki plac budowy. O ile u nas buduje się na potęgę, to tam na „dwie potęgi”. Hotele, apartamentowce, stacje benzynowe powstają jak grzyby po deszczu - podobnie jak autostrady. Albańczycy doganiają pod tym względem Europę. Jednym z inwestorów, którzy lokują swoje pieniądze w rozbudowę Albanii są Włochy. Poza tym jest też sporo albańskich inwestorów. To ci, którzy przez lata pracowali w Grecji lub Włoszech i wracają do kraju. Tu też zakładają swoje firmy, robią różne interesy.

W Albanii kwitnie przemyt

Wieczorami, na głównej ulicy rozstawiają swoje stoliki handlarze. Tak jak kiedyś u nas: na łóżkach polowych. Gdyby słynny Giorgio Armani zobaczył, za jaką cenę można kupić jego perfumy - złapałby się za głowę. Nie mówiąc o „firmowych” ciuchach w legalnych, płacących podatki butikach. Zatem drogie panie, jeśli chcecie się modnie ubrać i nie przywiązujecie wagi do oryginału, to w Albanii możecie kupić stroje ostatnich kolekcji najbardziej znanych projektantów mody.

Bunkry

Robią wrażenie tylko na początku, potem człowiek się do nich przyzwyczaja. W Albanii bunkry się wszędzie: są tak usytuowane, że siedzący w nich ludzie powinni się wzajemnie widzieć. To tak na wszelki wypadek, żeby była komunikacja, gdyby w razie trzeba było pokazać sąsiadowi na migi, że wróg już sobie poszedł?
Niektórzy wykorzystują bunkry stojące w ogródku na komórkę albo spiżarnię – do tego fantazyjnie je malują- wolą to od rozbierania żelbetonowej konstrukcji.

Cena za pobyt

Ceny w Albanii są zbliżone do naszych. Za pobyt w tym kraju zapłacimy mniej więcej tyle samo co w Polsce. Trzeba tylko doliczyć koszt dojazdu. W zamian za to mamy wspaniałe widoki, ciepłe morze, przyjaznych ludzi, ciszę i spokój. Jeśli przymkniemy oko na wszechogarniający bałagan i brud to warto tu przyjechać. Bez problemu znajdziemy małą, kameralną plażę. Czasem podejdzie do leżaka sympatyczna krówka pasącą się nieopodal - taki swojski folklor.
A co warto zobaczyć?

Zabytki

Tirana nie zrobiła na nas pozytywnego wrażenia. Jest po prostu brzydka. Durres – to samo. Albanię trzeba „ogarnąć” w całości. Przespacerować się po zaułkach miast, wejść do meczetu, zrobić zakupy na barwnym i głośnym targu, a potem pojechać do wioski położonej w górach, gdzie podstawowym środkiem transportu jest objuczony osiołek. Jeśli dodać do tego fakt, że być może jesteśmy pierwszym turystą, który tu dotarł, to aż korci, by wyryć gdzieś scyzorykiem „byłem tu”.  


To już ostatni gwizdek, żeby zobaczyć Albanię, taką jaka jest. Z tymi bunkrami, dziurawymi drogami i osiołkami na drodze. Za kilka lat – o czym jestem przekonany – komercja zwycięży. Wtedy już nie będzie tym samym krajem. Przede wszystkim tego – na zaś – już żałuję.   
      

    

 



Dodaj tutaj swoją ofertę >>>


Czytany 1236 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 08 luty 2016 21:14

Artykuły powiązane