Kultura

sobota, 14 listopad 2015 16:22

Inside Llewyn Davis

Napisała
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
kadr z filmu "Co jest grane Davis", reż. Joel i Ethan Coen kadr z filmu "Co jest grane Davis", reż. Joel i Ethan Coen https://en.wikipedia.org/wiki/Inside_Llewyn_Davis

Najnowszy film braci Coen „Inside Llewyn Davis” (pol. tytuł „Co jest grane, Davis?”) to historia muzyka folkowego, który próbuje swoich sił na nowojorskiej scenie muzycznej. Luźno inspirowany biografią Davida van Ronka, innego „barda” piosenki folkowej lat '60, mistrza Boba Dylana. Film o muzyce, dążeniu do celu, przeciwnościach losu, o tym, jak trudno w dzisiejszych czasach zachować niezależność. A przy okazji świetne przeżycie muzyczne. 

 

Postać

Llewyn Davis to młody, około 30-letni mężczyzna, muzyk folkowy, członek bohemy artystycznej z Greenwich Village, luźno związany z lokalem Gaslight Cafe. Gdy go poznajemy, właśnie gra tam koncert. W przyciemnionym, zadymionym pomieszczeniu, przy dźwiękach gitary, wykonuje wisielczą balladę, o znamiennym tytule „Hang me, oh, hang me”.

Kryzys

W życiu Llewyna wszystko się wali. Sprawy nie układają się po jego myśli. Nagle spada na niego mnóstwo problemów. Mike, jego partner z muzycznego duetu, a prywatnie przyjaciel, rzuca się z mostu Waszyngtona. Nowa płyta zatytułowana „Inside Llewyn Davis” nie sprzedaje się. Jean, bliska znajoma Llewyna oświadcza mu, że jest z nim w ciąży. Jego schorowany ojciec dogorywa. Llewyn nie może już nawiązać z nim kontaktu. Relacje z siostrą też nie należą do najlepszych. Bohater boryka się z ciągłym brakiem pieniędzy. Nie ma gdzie mieszkać, więc sypia na kanapach u znajomych. Nie ma wielu przyjaciół, którzy mogliby go przygarnąć na dłuższy czas. 

Niespełnienie

Llewyn, nie bardzo może się odnaleźć w świecie show-biznesu, a podejmowane konsekwentnie próby przebicia się na nowojorskiej scenie muzycznej też wychodzą mu średnio. Dni upływają mu na bieganiu na przesłuchania w różnych wytwórniach i graniu za kilka dolarów w lokalnych klubach. Dlaczego tak się dzieje? Wszak talentu mu nie brakuje. 

Wydaje się, że Llewyn jest jedyną osobą w „środowisku”, która nie chodzi na kompromisy. Kiedy inni wkładają grzeczne sweterki i śpiewają piosenki, które mogą się spodobać szerszej publiczności, Llewyn pozostaje sobą. Wspólnie z Jimem i Alem Cody wykonuje co prawda utwór „Please Mr Kennedy”, który wkrótce okazuje się hitem, granym przez wszystkie stacje radiowe, ale rezygnuje z tantiem. Nie przyjmuje też propozycji współpracy od Buda Grossmana, znanego producenta muzycznego, bo wiązałoby się to z koniecznością zagrania w trio. Llewyn upiera się, że będzie grał sam. Po części można go usprawiedliwiać osobistą tragedią. Po śmierci Mike'a, który popełnił samobójstwo, po prostu nie czuje się na siłach, by grać ponownie z kimś w duecie czy w trio. Jednak usprawiedliwienie jest tylko częściowe, gdyż Llewyn nie pomaga losowi w wybrnięciu z trudnej sytuacji. Nie podejmie się „chałtury”, nie zagra dla mas, gardzi „fuchami”, które mogłyby mu przynieść dodatkowe kilka dolarów, których przecież bardzo potrzebuje. Nękany przez chłód nowojorskiej zimy, nie ma nawet pieniędzy na zakup płaszcza. Nawet nie chce słyszeć o powrocie na morze. A przecież dla niego mogłoby to być tymczasowe zajęcie, służące jedynie załataniu dziury w budżecie. Muzyka to całe jego życie. Nie wyobraża sobie siebie poza światem show-biznesu, chociaż nie potrafi w nim funkcjonować. 

Bezkompromisowość

Llewyn to taki hipster i idealista. Człowiek niezłomny, który nie zdradzi swoich przekonań, nie pójdzie na żaden kompromis, choćby miał za to zapłacić wysoką cenę. Ze wszystkich sił stara się pozostać niezależny. Gra mało popularny folk, przeznaczony dla wąskiego grona słuchaczy. Prowadzi dość luźny tryb życia, choć nie do końca z własnego wyboru. Marzy o karierze muzycznej, albo chociaż „małej stabilizacji”, która pozwoliłaby mu stanąć na własnych nogach i utrzymać się w wielkim mieście. Jest uparty w dążeniu do celu, ale też dumny. Wierzy, że to co robi, ma głęboki sens. Llewyn jako artysta tkwi gdzieś pośrodku, nie jest ani karierowiczem, ani przegranym. Po prostu chce robić to co kocha i wie, że to dobra droga. Spełnieniem jest dla niego występowanie na scenie. Llewyn uparcie brnie naprzód i chociaż „kariera” wychodzi mu słabo, nie zamierza się poddać. 

Pęd

Llewyn nieustannie gdzieś pędzi: na przesłuchania, nagrania, występy, jedzie metrem, gra w klubie, łapie stopa, jedzie do Chicago, wraca do Nowego Jorku, nieustannie zabiera i zostawia gdzieś swoje rzeczy. Ale to gonitwa pozorna, która na dłuższą metę nic mu nie daje i prowadzi donikąd. To krążenie w kółko, po tych samych, znajomych trasach. Temu biegowi nadano sztuczny cel, poprzez wprowadzenie motywu rudego kota.

Ulysses

Kot (notabene ulubieniec publiczności), noszący nie przypadkowo imię Ulysses jest dla Llewyna czymś fatalnym, cały czas trzeba go gonić, w nieskończoność. Niemniej to właśnie on łączy kolejne sceny i motywuje bohatera do działania. Poniekąd jest to też alter-ego bohatera. Indywidualista, który nie ma zamiaru robić tego, czego chcą od niego inni. Podąża własnymi ścieżkami, nawet jeśli miałoby to oznaczać kłopoty. Chętnie zje dobry posiłek i wyśpi się w ciepłym łóżku, ale nie musi przecież od razu odwdzięczać się za to miłością czy przywiązaniem. Llewyn jest jak kot. Wciąż bierze pieniądze od przyjaciół, korzysta z ich gościny, ale właściwie nigdy nie odwdzięcza się za przysługę, niewiele daje od siebie. Czasami potrafi być naprawdę antypatyczny. Jest uparty i nerwowy. Jego styl bycia nie przysparza mu przyjaciół - ich grono kurczy się coraz bardziej. Llewyn zdaje się jednak tym nie przejmować i prowokuje swoim zachowaniem kolejne osoby. W finałowej scenie dostaje w końcu w pysk.

Ulysses to także alter-ego braci Coen, którzy od lat konsekwentnie tworzą w filmie coś nowego i oryginalnego. Nie poddają się chwilowym modom, ani upodobaniom czy gustom mas. Nawet jeśli ich filmy nie odnoszą sukcesów komercyjnych. 

W drodze

Na uwagę zasługuje epizod kina drogi. Llewyn jedzie stopem do Chicago. Do towarzystwa ma gburowatego, zadufanego w sobie i przekonanego o własnej wielkości, podstarzałego jazzmana Rolanda Turnera i jego kierowcę Johnny'ego Five'a. Turner gada cały czas. Przez całą drogę wygłasza monologi i dygresje ze swojego życia. Jest bezpośredni, lubi oceniać innych ludzi, szufladkować ich, przypinać im etykietki. Chwilami jest to postać wręcz odpychająca.  

Wieść o samobójstwie Mike'a, Turner kwituje w swoim stylu: „Rzucił się z mostu Waszyngtona? Kto tak robi? Wszyscy rzucają się z mostu Brooklyńskiego. Trzeba szanować tradycję. Był kretynem?”

Johnny Five: ten z kolei nic nie mówi. Patrzy tylko w dal, wydmuchując dym z papierosa. Bracia Coehn w zabawny sposób nawiązują tu do filmu Waltera Sallesa „W drodze”, ekranizacji powieści Jacka Kerouaca, obsadzając w roli Johnny'ego Five'a Garetta Hedlunda.

Życie

Llewyn to człowiek z krwi i kości, a nie jakiś wyidealizowany bohater filmowy. Ma typowe, ludzkie problemy: brak pieniędzy, niespełnienie zawodowe, trudne relacje z ludźmi, konflikty, własne ambicje, samotność, próby odnalezienia siebie i swojego miejsca w świecie. Nie może sobie ułożyć życia z żadną kobietą, próbuje uporać się ze śmiercią przyjaciela i trochę zazdrości tym, którym sukces przychodzi łatwo. Ot, życie. Historia Llewyna jest gorzka i niełatwa, ale też niezwykle prawdziwa. Każdy znajdzie w niej coś z własnego życia i własnych doświadczeń. 

Gaslight Cafe

Nowy Jork, artystyczna dzielnica Greenwich Village, lokal Gaslight Cafe, początek lat '60. Bob Dylan zaczynał karierę w jednym z takich lokali. Tutaj przesiadywali pisarze z kręgu Beat Generation jak Allen Ginsberg, Jack Kerouac. Tu czytał swoje wiersze Dylan Thomas. John Coltrane grał utwory jazzowe.

Bracia Coen, tworząc postać Llewyna Davisa, luźno inspirowali się tymi autentycznymi postaciami, ale najbardziej osobą Dave'a van Ronka, amerykańskiego muzyka folkowego. Van Ronk przez lata uchodził za jedną z najbarwniejszych osobowości artystycznych Nowego Jorku lat '60. Był mistrzem Boba Dylana i Joni Mitchell. Sam nigdy nie zrobił wielkiej kariery, ale był podziwiany przez największych.

Wspaniała gra aktorska

Najnowszy obraz braci Coen z powodzeniem łączy ciekawy scenariusz ze świetną muzyką. Właściwie można go polecić wszystkim. Dla jednych będzie to po prostu dobra historia faceta, który próbuje zrobić karierę. Dla innych świetne muzyczne przeżycie, gdyż muzyka stanowi chyba najmocniejszą stronę filmu. Fani braci Coen też nie powinni narzekać, choćby przez wzgląd na liczne nawiązania do wcześniejszych dzieł słynnego rodzeństwa. Wszystkie role są genialnie rozpisane i zagrane. Na uwagę zasługuje, przede wszystkim, odtwórca głównej roli Oscar Isaac. Dziwne, że nie otrzymał za tę rolę Oscara. Carey Mulligan jako, nieprzebierająca w słowach, czarnowłosa i porywcza Jean, przełamuje swój dotychczasowy ekranowy wizerunek kruchych, delikatnych dziewcząt. Świetni są aktorzy drugoplanowi: John Goodman jako Roland Turner, Justin Timberlake (Jim), Adam Driver (Al Cody). Wspaniałe zdjęcia to robota Bruno Delbonnela („Amelia”, „Bardzo długie zaręczyny”). Muzyką zajął się T Bone Burnett. Jak zwykle u Coenów film skrzy się czarnym humorem i ciętymi dialogami. Gorąco polecam!  

 

„Co jest grane, Davis?” (2013), reżyseria: Joel i Ethan Coen, scenariusz: Joel i Ethan Coen, zdjęcia: Bruno Delbonnel, muzyka: T Bone Burnett, obsada: Oscar Isaac, Carey Mulligan, John Goodman, Garrett Hedlund, F. Murray Abraham, Justin Timberlake, Adam Driver.



Dodaj tutaj swoją ofertę >>>


Czytany 956 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 26 listopad 2015 11:02