Kultura

piątek, 13 listopad 2015 11:38

The Dead Weather - Dodge and Burn [RECENZJA]

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
Oceń ten artykuł
(2 głosów)
The Dead Weather - Dodge and Burn [RECENZJA] mat. prasowe

Jack White jest dziś okrzyknięty wizjonerem rocka. Nic dziwnego, w końcu to wybitnie inteligentny człowiek w obecnym muzycznym świecie. Jednak ostatnio bardziej dał się poznać jako biznesmen i awanturnik, obrażający Patricka Carneya z The Black Keys. Wszyscy o tym zapomnieli, kiedy światło dzienne ujarzała płyta "Dodge and Burn", którą po pięcioletniej przerwie nagrał z zespołem The Dead Weather.

Po ciepło przyjętym autorskim albumie "Lazaretto", White trochę rozmienił się na drobne. To zakładał serwisy streamingowe z Kanye Westem, to rzucał pierwsze piłki podczas meczów baseballowych Detroit Tigers, to wdał się w jakieś przepychanki słowne. Stał się bardziej celebrytą niż muzykiem. A to było dość szokujące w jego przypadku. Przecież przyzwyczaił nas do tego, że jest świetnym muzykiem. Wizjonerem według niektórych. Odrodzicielem surowego gitarowego grania.

Dlatego też postanowił o tym przypomnieć. Z The Dead Weather. Po pięciu latach w końcu powróciła supergrupa z Nashville, która - jak wszystkie inne supergrupy - od początku była skazana na sukces. Bo jeśli pod jedną nazwą występują Jack White, Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence, po prostu nie może być inaczej. Tak długi czas między drugim a trzecim albumem był spowodowany przede wszystkim zobowiązaniami muzyków wobec swoich macierzystych formacji. W końcu jednak udało się wszystkim znaleźć trzy tygodnie wolnego, żeby usiąść i stworzyć "Dodge and Burn".

O ile ich debiut, "Horehound", z 2009 roku można było nazwać innowacyjnym i ciekawym, tak teraz już było by to mocno nie na miejscu. Tym bardziej, że "Dodge and Burn" nie ma w sobie już tej całej pikanterii. Owszem, wciąż jest to mariaż klasycznego rocka, bluesa i hip-hopu, doprawiony nieco mrocznym klimatem, jednak brakuje tej ożywczości i świeżości sprzed kilku lat.

Problem polega na tym, że w muzyce już wszystko wymyślono, a Jack White już wystarczająco to wyeksploatował, żeby za każdym razem oczekiwać od niego rzeczy nie z tego świata. Dzięki temu na najnowszej płycie The Dead Weather słuchacz otrzymuje wszystko to, co już dobrze zna. Na szczęście osądzanie o wtórność całkiem nieźle zostało odrzucone dzięki świetnym kompozycjom. Najlepszym przykładem będą utwory "Mile Makers" z jungle'ową wręcz rytmiką perkusji, singlowe "I Feel Love (Every Million Miles)" czy najpopularnijeszy z całego zestawienia na krążku "Buzzkiller", gdzie Bóg jest przedstawiony jako ten najbardziej sztywny kumpel w naszym ludzkim towarzystwie.

Czego brakuje? Tego, co było najlepsze, czyli utworów śpiewanych na dwa głosy przez White'a i Mosshart. Niesamowita chemia, jaka panowała między muzykami, została wrzucona do szuflady. Oby nie na zawsze. Słowne przepychanki mamy tylko z dwóch kompozycjach - "Rough Detective" i "Three Dollar Hat". Jednak ten niedosyt został zrekompensowany czymś innym, a konkretnie pokazaniem pełnej palety możliwości Alison Mosshart. Na "Dodge and Burn" jest ona tak wszechstronna, że część odbiorców po pierwszym przesłuchaniu może być skonfudowana. Z jednej strony to zadziorna rockmanka w ramonesce i podartej bokserce, z innej delikatniejsza i słodsza, aż w końcu dostajemy ją w nigdy chyba wcześniej niesłyszanej konwencji. Mosshart zamienia się w musicalową diwę i śpiewa "Impossible Winner". Czego chcieć więcej? Muzyczny element zaskoczenia został przeniesiony z całości na jednostkę.

Powiem jednak raz jeszcze - na innowacyjność brzmienia The Dead Weather na "Dodge and Burn" nie ma co liczyć. Dostajemy to, co doskonale znamy. Fertita gra mocno, White miażdży perkusję, Lawrence bawi się przesterami, a Alison jest uwodzicielską frontmanką. Znajome patenty użyte w "Open Up", "Let Me Through" czy reaggowe zapędy w "Lose The Right" nie pozwalają zachwycić się nad "Dodge and Burn" tak, jak nad poprzednimi krążkami. To jednak normalne. Coś, co znamy na wylot, nie ekscytuje nas już tak bardzo jak na początku.

W efekcie otrzymujemy solidny album, który wyszedł spod ręki mistrzów współczesnego rocka. Samo to gwarantuje poziom, o jaki trudno w dzisiejszej muzyce. Nikt jednak tej płyty nie będzie chwalił wniebogłosy, nie będzie mowy o White'cie jako królu Midasie, ale na pewno położy ją na półce w miejscu, do którego łatwo dosięgnąć. Bo czasem po prostu z przyjemnością się jej posłucha. Koniecznie głośno. Obawiam się jednak, że Jack White doszedł do tego samego punktu, co jego filmowi fikcyjni koledzy, czyli Doctor Who i James Bond. Osiągnął pewien poziom, który trudno przekroczyć i teraz całą trójką powinni się wybrać Tardis Doktora gdzieś daleko, żeby nabrać świeżości.

The Dead Weather - Dodge and Burn [Full Album]

The Dead Wheater - Dodge and Burn

Dragora Grupo Comercial, Third Man Records, 2015



Dodaj tutaj swoją ofertę >>>


Czytany 696 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 16 listopad 2015 15:01
Patryk Gochniewski

Od prawie dziesięciu lat w zawodzie dziennikarza muzycznego.

Tysiące tekstów, setki koncertów, dziesiątki festiwali za mną.

Jeszcze więcej przede mną.