Kultura

piątek, 20 listopad 2015 14:20

Czas odejść, panie Bond - recenzja "Spectre"
Wyróżniony

Napisał
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
Oceń ten artykuł
(1 głos)
Scena z filmu "Spectre" Scena z filmu "Spectre" mat. prasowe

„Spectre” - dwudziesty czwarty w historii film o Jamesie Bondzie. Ponownie z Danielem Craigiem w roli tytułowej. Czy ostatni? Na pewno nie. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że konwencja się wyczerpała i seria o najsłynniejszym szpiegu świata dobiega końca. 

Ta premiera to, obok siódmej części „Gwiezdnych Wojen”, najbardziej wyczekiwany film roku. Niestety, po fantastycznym „Skyfall”, który jest na pewno w pierwszej trójce najlepszych filmów o agencie Jej Królewskiej Mości, „Spectre” należy traktować w kategorii pomyłki.

Paweł Mossakowski w „Gazecie Wyborczej” napisał, że gdyby cały film był taki, jak jego pierwsza godzina, mielibyśmy do czynienia z najlepszym Bondem w historii. Trudno się z tym nie zgodzić – genialna scena otwarcia podczas Dnia Śmierci w Meksyku, świetna sekwencja walki w helikopterze, przepychanki słowne z M (w tej roli Ralph Fiennes, który idealnie pasuje do odgrywania wszelkich ekscentryków, wariatów i szaleńców) i coś, co jest ozdobą całego filmu, czyli dialogi na linii Bond-Q (odmłodzenie postaci geniusza brytyjskiego wywiadu wyszło po raz kolejny świetnie i udowodniło, że postawienie na Bena Whishawa w tej roli już w „Skyfall” nie było przypadkowe).

Jednak głównym problemem „Spectre” jest miałki scenariusz. Sam Mendes, reżyser, nie był w stanie wykrzesać pełni jego potencjału. A przede wszystkim postawił na fatalnie dobraną obsadę. Jednak zanim o aktorach, najpierw o skrypcie. Najnowszy Bond to ewidentnie koniec pewnego etapu. Zwłaszcza motyw zamknięcia komórki 00. „Spectre” to nostalgiczna podróż w przeszłość. Pełno tu odniesień (znacznie więcej niż w „Skyfall” i dużo gorzej wplecionych w fabułę) do starszych filmów. Z uporem maniaka wciskane są wspominki Vesper Lynd, Le Chiffre'a czy Judi Dench (poprzedniej M). Tym, którzy historię Jamesa Bonda znają pobieżnie nie będzie to przeszkadzać, ale już miłośnikom może działać na nerwy.

Innym problemem „Spectre” jest jego długość. Niemal 150 minut, z czego może sto wartych uwagi. Scenariusz jest zbyt poszatkowany, akcja co rusz staje w miejscu i pojawiają się dłużyzny. Za dużo jest niejasności, braku spójności, przypadkowych scen i bohaterów. No i te dialogi... Słabiutkie. O ile jeszcze w przypadku small talku Bonda z Q, M czy jego przeciwnikami bywa ciekawie i zabawnie, tak podczas rozmów z kobietami z ekranu lecą wręcz drzazgi. Jałowość, brak emocji, sztampa i bezbarwność. Czy ktoś by kiedyś pomyślał, że James Bond będzie miał problemy z nawiązaniem intrygującej relacji z płcią piękną?

Ale tu należy po raz pierwszy wspomnieć o fatalnej obsadzie. Przede wszystkim ról damskich. Po co Monica Bellucci? Chyba tylko jako ozdobnik, bo jej rola niczego do fabuły nie wniosła. Ale trudno się dziwić, że sięgnięto po taki własnie ozdobnik, w postaci przejmującego piękna Włoszki, skoro rolę dziewczyny Bonda powierzono Lei Seydoux. Śmiem twierdzić, że to najgorsza i najmniej urodziwa towarzyszka agenta 007 w jego historii. Może dlatego rozmowa się nie kleiła? Seydoux miała pełne pole do popisu. Mogła zrobić wszystko, a przez cały film wyglądała jak pobita sierota, która we wręcz karykaturalny sposób próbowała budować posągowość i ascetyczność swojej postaci. Niestety, do Evy Green czy, najsłynniejszej w roli Bond Girl, Ursuli Andress bardzo Seydoux daleko.

Podobnie słabo wypadają czarne charaktery, aczkolwiek to już nie tyle wina aktorów, co słabo napisanego pod nich scenariusza. O ile jeszcze w przypadku Dave'a Bautisty nie można mieć pretensji, bo jego rola musiała być oczywista – brutalny kolos w garniturze, o tyle od Christopha Waltza oczekiwano dużo więcej. Austriacki aktor, który w ostatnich latach dał się poznać jako genialny odtwórca czarnych lub nie do końca określonych charakterów („Bękarty Wojny” czy „Django”), w „Spectre” był kompletnie bezbarwny. Jego rola Blofelda na pewno będzie należeć do najsłabszych w dorobku. Jednak i tak zapewne wykrzesał maksimum z tego, co było w scenariuszu. Złoczyńca stojący za tytułową organizacją Spectre w ogóle nie budzi odrazy, nie chcemy go zabić, nie chcemy też go wyzwać. Po prostu dziwimy się, że ktoś taki mógł być sprawcą wszystkich cierpień Jamesa Bonda.

O fabule trudno cokolwiek powiedzieć nie zdradzając szczegółów, więc ograniczę się jedynie do powiedzenia, że jest ona nieprzemyślana, fragmentaryczna i do bólu schematyczna. Oczywiście, w tego typu filmach zawsze jest pewien rodzaj schematu, jednak zadaniem scenarzysty czy reżysera jest ubrać go w element zaskoczenia. W „Spectre” go nie ma. Doskonale można przewidzieć co zaraz się stanie. Wspomniane już miałkie dialogi na szczęście są rekompensowane przez świetne sceny walki, eksplozje i piękne plenery Rzymu, Meksyku czy austriackich Alp. Zabrakło zbilansowania tego wszystkiego w odpowiednim tempie (patrz „Skyfall”).

Na pewno ciekawym zabiegiem w nowych filmach o agencie 007 jest to, że mimo czasów przepełnionych najnowszą technologią, twórcy konsekwentnie trzymają się najprostszych rzeczy, jak pistolet czy wybuchający zegarek. Te drobne elementy są bardzo dobrze ograne i nie sprawiają wrażenia śmiesznych. Ze wszystkich odniesień do przeszłości, te zdecydowanie wypadają najlepiej.

Pomimo kilku interesujących wątków, ciekawie przedstawionych postaci drugoplanowych i kilku zabawnych scen, widać że saga Jamesa Bonda powoli dobiega końca. Może to dziwić z racji tego, że przygody agenta 007 to kura znosząca złote jaja, ale ewidentnie widać, że twórcy mają coraz mniej pomysłów. Trudno im się zmierzyć z legendą w ten sposób, aby była ona wciąż klasyczna, ale jednocześnie nowoczesna i nieprzewidywalna. „Spectre” najlepiej to potwierdza. Puszcza smutne oko do widza, że koniec agenta Jej Królewskiej Mości jest bardzo bliski.



Dodaj tutaj swoją ofertę >>>


Czytany 1141 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 23 listopad 2015 10:08
Patryk Gochniewski

Od prawie dziesięciu lat w zawodzie dziennikarza muzycznego.

Tysiące tekstów, setki koncertów, dziesiątki festiwali za mną.

Jeszcze więcej przede mną.