Kultura

środa, 18 listopad 2015 09:36

There will be blood
Wyróżniony

Napisała
  • wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
  • Wydrukuj
  • Email
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
kadr z filmu "Aż poleje się krew", reż. Paul Thomas Anderson kadr z filmu "Aż poleje się krew", reż. Paul Thomas Anderson https://ru.wikipedia.org/wiki/

Przełom XIX i XX wieku. W Ameryce był to czas gorączki ropy naftowej. Rozpoczęły się poszukiwania cennych złóż. Ludzie migrowali w poszukiwaniu pracy. Zasiedlali jałowe, nieurodzajne ziemie, puste przestrzenie, na których nie mogło wyrosnąć nic prócz chwastów. Właściciele szybów naftowych, odkrywszy pokłady czarnego złota, mogli dorobić się fortuny w stosunkowo krótkim czasie. Jest to początek kapitalizmu. Rodzi się klasa przedsiębiorców, która dzięki sprytowi, inteligencji, ciężkiej pracy i odpowiednio lokowanemu kapitałowi, szybko się bogaci. Zatrudniani przez nich pracownicy, sprowadzają swoje rodziny. Bogacą się miasta, rozwijają się wsie. Ludzie szukają też Boga. Dochodzi do lokalnych ruchów religijnych. O tym burzliwym okresie w dziejach traktuje film Paula Thomasa Andersona „Aż poleje się krew”, będący luźną adaptacją powieści „Oil” Uptona Sinclaira.

Przestrzeń

Rzecz rozgrywa się w Little Boston, małej, zapomnianej przez świat (i Boga) ubogiej mieścinie. Zamieszkująca ją ludność trudni się głównie hodowlą kóz, bowiem surowa, nieurodzajna ziemia nie może obrodzić. Ludzie nie zbierają plonów, chleb to dla nich luksus. Jednak ziemia jest uboga tylko pozornie, skrywa bowiem ogromne pokłady czarnego złota, ocean ropy. Czeka na swojego odkrywcę, w zamian oferując ogromne bogactwo. Mijają lata. Wreszcie zjawia się Daniel Plainview, przedsiębiorca, nafciarz, potentat. Przedstawiciel nowej klasy na drabinie społecznej. Klasy panów - przedsiębiorców. Skupując bogatą w ropę ziemię od miejscowych i prowadząc odwierty, szybko dorabia się fortuny. A zaczyna się niewinnie: otrzymuje informację o dużych złożach w okolicach Little Boston, na ubogiej farmie rodziny Sunday'ów. Podejmuje ryzyko i wyrusza w podróż. Na miejscu faktycznie odkrywa ropę. Rozpoczyna wydobycie, przyczyniając się jednocześnie do rozwoju wsi i poprawy bytu ich mieszkańców. Wszystko idzie zgodnie z planem... do czasu.

Olbrzym

Daniel Plainview. Warto przyjrzeć się bliżej tej fascynującej, magnetycznej i bardzo ambitnej postaci. Poznajemy go jako poszukiwacza srebra, gdy z wielkim samozaparciem, przy pomocy prymitywnych jeszcze narzędzi kuje skały w poszukiwaniu surowca. Postawa godna podziwu i wzór do naśladowania: pracowitość, chęć pomnożenia pieniędzy, dorobienia się dzięki własnej ciężkiej pracy, osiąganie korzyści bez niczyjej pomocy, zawdzięczanie wszystkiego sobie. Kilka lat później, Daniel zajmuje się już wydobyciem ropy, w mniejszych ilościach, po kilka baryłek dziennie, aż odkrywa farmę Sunday'ów. Wie, że sukces jest blisko. Jest zdeterminowany, aby wykorzystać tę szansę „na maksa”, w stu procentach. Nie zamierza być „jednym z wielu”, kolejnym nafciarzem, pragnącym się trochę wzbogacić. On chce mieć więcej - i sięga po więcej. Jak wielu jemu współczesnych, ogarnia go "gorączka ropy". Skupowanie ziem, odwierty, wydobycie, budowa kolejnych szybów czy rurociągu stają się niemal sensem jego życia. Daniel inwestuje coraz więcej swojego czasu, uwagi, energii, środków. Sumy zwracają się dziesięciokrotnie. Pomysł na zarobek okazuje się interesem życia. Złotym interesem. Sukces ma jednak swoją cenę, a władza demoralizuje. Daniel z ambitnego, pracowitego przedsiębiorcy zmienia się w bezwzględnego kapitalistę. Ten dobroczyńca lokalnej społeczności, staje się potworem, znienawidzonym przez wszystkich, bo, faktycznie, są ku temu powody. W czasie budowy swojego prywatnego, naftowego imperium, założył prawdopodobnie, że „cel uświęca środki” i „wszystkie chwyty dozwolone”, zatem nie cofnie się przed niczym: kłamstwem, szantażem, a nawet zabójstwem. Ropa – tylko to jest ważne. Daniel nie ma rodziny, przyjaciół, współpracownicy stopniowo odsuwają się od niego. Jego jedynym towarzyszem jest syn przyjaciela, który zginął podczas wydobycia. Daniel przygarnie chłopca, adoptuje, bo jak stwierdzi po latach „potrzebował słodkiej buźki”, aby przekonać bardziej opornych do robienia z nim interesów. Wraz z osiąganiem bogactwa, Daniel izoluje się coraz bardziej. Jego postawa doprowadza do konfliktu z synem, jedyną bliską mu osobą. Stopniowo ogarnia go szaleństwo.

Mizantrop

Daniel jest samotnikiem z wyboru. Mizantropem, który nienawidzi ludzi- podkreśla to na każdym kroku. Jeśli nie słowem, to czynem. Porzuca syna, kiedy przestaje mu już być potrzebny. Przedstawicielowi konkurencyjnego przedsiębiorstwa „Standard Oil” grozi za, rzuconą przez niego w rozmowie, luźną uwagę na temat wychowania syna. Człowieka, podającego się za jego zaginionego brata- Henry'ego zabija strzałem z pistoletu i zakopuje w dole wypełnionym wszechobecną na tych gruntach ropą. Wcześniej w rozmowach z nim, zanim dojdzie do tragedii, Daniel pierwszy i ostatni raz otworzy się przed drugim człowiekiem i pokaże swoją prawdziwą twarz. „Większości ludzi nienawidzę. Patrzę na nich i nie widzę nic, co by budziło sympatię. Chciałbym zarobić tyle, żeby móc się od wszystkich odseparować. Dostrzegam w ludziach to co najgorsze, bez zagłębiania się w przeszłość. Moja nienawiść narastała latami”.

Fałszywy prorok

Jego największym wrogiem jest Eli Sunday. Miejscowy kaznodzieja, przywódca religijnej wspólnoty, skupionej wokół kościoła Trzeciego Objawienia. Ksiądz, którego kusi władza i zaszczyty. Do czasu pojawienia się w mieście Daniela, Eli sprawuje niepodzielne rządy w Little Boston. Podaje się za proroka i guru nowego ruchu religijnego. W rzeczywistości jest chciwym, cynicznym showmanem, a wygłaszane przez niego z ambony „kazania” to stek bzdur. Mimo wszystko, zapewne dzięki swojej charyzmie, pewności siebie i prostemu przekazowi, skupia wokół niemały krąg wiernych wyznawców „z ludu”, którzy pójdą za nim wszędzie i będą go słuchać z uwielbieniem.

Finał

Filmowi antagoniści spotkają się i zaczną bezwzględną rywalizację o władzę i wpływy w tej maleńkiej mieścinie. Nienawiść to silne uczucie. Żądza posiadania jest jeszcze silniejsza. Bogactwo, zaszczyty, sława, posłuch, „rząd dusz” w miasteczku. Konflikt między nimi urasta do ogromnych, apokaliptycznych wręcz rozmiarów. Bo i stawka jest wysoka. A może chodzi jedynie o zaspokojenie własnych, chorych ambicji? Konflikt znajduje ujście w makabrycznym, groteskowym finale, dodatkowo wypełnionym (o zgrozo!) wesolutką, skoczną, klezmerską muzyczką. Tytułowa krew popłynie strumieniem, ale nikomu nie przyniesie ona odkupienia czy chociażby ulgi.

Wielość interpretacji

Jak już wspomniałam, filmowe dzieło jest luźną adaptacją powieści „Oil” Uptona Sinclaira. Jak wiadomo, Sinclair był znany ze swych sympatii socjalistycznych. Reżyser filmu, Paul Thomas Anderson, jak sam wielokrotnie podkreślał, chciał uniknąć „bombastyczności i pouczającego tonu”, dlatego wykorzystał tylko niektóre powieściowe wątki. Zapewne przemilczał też kwestię ówczesnego portretowania Ameryki jako „krainy mlekiem i miodem płynącej”, miejsca wielkich możliwości i wypływającego stąd poczucia nieograniczonej dumy z własnego kraju. Jego celem było coś innego. Chciał pokazać obraz samych poszukiwań i technologii wydobycia ropy. Zrobił to bezbłędnie, a przy okazji stworzył wielowymiarowe, niejednoznaczne, nasuwające mnogość interpretacji i skojarzeń epickie, spójne i niezwykle klarowne dzieło, zamykające się w latach 1898-1927. „Aż poleje się krew” można odczytywać na wielu, równorzędnych interpretacyjnych płaszczyznach: politycznie jako rozprawę o początkach amerykańskiego kapitalizmu i przemianach, jakie ten proces wniósł w życie małych społeczności; metaforycznie jako pojedynek dwóch antagonistów, „świętego” i grzesznika, fałszywego proroka i potężnego, świadomego siebie magnata, rozgrywający się na jałowych pustkowiach amerykańskich ziem, gdzie nie ma nic (prócz ropy) oraz psychologicznie to historia upadku człowieka, zejście w otchłanie szaleństwa. Cała podróż w głąb ziemi, w jaką zabiera nas reżyser filmu Paul Thomas Anderson jest zejściem w głąb duszy bohatera, w mroczne zakamarki świadomości. „Aż poleje się krew” może być odczytywane także jako współczesny moralitet, ze względu na mroczny, posępny klimat i walkę toczącą się w duszach bohaterów, taką współczesną psychomachię, tu dodatkowo wzbogaconą o wątki niebezpiecznej siły pieniądza, sukcesu okupionego wysoką ceną. Skojarzenia z religią nasuwają się same. Wydaje się, że Daniel odrzuca całkowicie Boga i skazuje siebie na wieczne potępienie. Film jest przesycony duchem amerykańskiej prozy XIX wieku, oprócz wspomnianego już Uptona Sinclaira, także Williama Faulknera i Johna Steinbecka. Charakterystyczne dla tego typu powieści było wszechobecne uczucie cierpienia, wyobcowanie i samotność, rozpacz, która dotyka niemal wszystkich bohaterów. Wreszcie jako dramat egzystencjalistyczny z jej poczuciem tragicznej samotności człowieka wobec Boga i ogromu czasu i przestrzeni, gdzie jednostki są „skazane na wolność”. To tylko niektóre przykłady interpretacji, które absolutnie nie wyczerpują tematu.

Precyzja wykonania

Film jest zrobiony perfekcyjnie od strony technicznej, formalnej. Zbudowany na przemian z charakterystycznych, długich, panoramicznych ujęć dalekich, bezkresnych pól jałowej ziemi i zbliżeniach twarzy bohaterów, zwłaszcza Daniela Day-Lewisa, genialnie wcielającego się w postać Daniela Plainview. Aktor to gigant z wyższej półki, który tym filmem udowadnia po raz kolejny jak wielkim talentem dysponuje. Jego gra, złożona z oszczędnej gestykulacji i surowej mimiki, zimnego spojrzenia, które na chłodno, precyzyjnie i z nienawiścią ocenia otoczenie, jest elektryzująca. Pod tym chłodnym wyrazem twarzy kryje się jednak cała gama uczuć i emocji, bynajmniej nie pozytywnych. Cała postać Plainview pulsuje wręcz wewnętrznym, podskórnym, głęboko skrywanym napięciem, które udziela się widzowi. I tylko czekamy, pełni obaw, na finalną wielką katastrofę. Bowiem doskonale wiemy, że wszystko, co stłumione, musi w końcu wybuchnąć i to ze zdwojoną, niszczącą siłą. Aktor otrzymał za tę rolę mnóstwo nagród, m.in. Oscara, Złoty Glob, Bafta, Critics Choise, jak najbardziej zasłużenie! Taki sposób konstrukcji filmu jest też ukłonem w stronę starych klasyków gatunku, na czele z „Olbrzymem” George'a Stevensa z 1956 roku z niezapomnianymi, wielkimi kreacjami aktorskimi ówczesnych legend i gwiazd kina: Jamesa Deana, Elizabeth Taylor, Rocka Hudsona. Nad filmem "There will be blood" unosi się ciężka i zimna muzyka Johnny'ego Greenwooda, gitarzysty zespołu Radiohead, czerpiąca też wiele z muzyki klasycznej. Wspaniale się komponuje ze zdjęciami, autorstwa Roberta Elswita. Na uwagę zasługują także kreacje aktorskie Paula Dano wcielającego się w rolę Eli'ya Sundaya i Dillona Freasiera w roli młodego H.W. Plainview. Genialne dzieło! Polecam!

„Aż poleje się krew” (2007), scenariusz i reżyseria: Paul Thomas Anderson, zdjęcia: Robert Elswit, muzyka: Johnny Greenwood, materiały do scenariusza: powieść „Oil” Uptona Sinclaira, obsada: Daniel Day-Lewis, Paul Dano, Dillon Freasier, Kevin J. O'Connor, Ciaran Hinds



Dodaj tutaj swoją ofertę >>>


Czytany 648 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 08 listopad 2016 10:06